Wczoraj i dziś - nasza praca

Ciężko, w pocie czoła, nieustannie, długofalowo, całościowo, fragmentarycznie, dorywczo, gorączkowo, fizycznie, umysłowo, ręcznie, biurowo, zarobkowo, zawodowo, twórczo, literacko, społecznie, ponad siły, rzetelnie…

Oj pracujemy, że hej! :)

Pozwólcie jednak, że w tym miejscu nie opowiemy Wam o naszej pracy zawodowej, bo ta opowieść mogłaby nas i Was pochłonąć i pożreć żywcem, ale o pracy z naszym Grześkiem. Początkiem wiedzy był Internet i forum rodziców. To było 8 lat temu i tak w wielu przypadkach jest do dziś. Wszystkim znanym tylko w Sieci przyjaciołom dziękuję już teraz :) Żeby móc wiedzieć cokolwiek i znaleźć osoby, które odpowiedzą na nurtujące mnie pytania zapisałam się na kurs kwalifikacyjny “Wczesne wspomaganie rozwoju i edukacji uczniów autystycznych”. Dostałam się zwykłym fuksem. Osobie, która nie stawiła się na pierwsze spotkanie a dzięki której dostałam się ja, dziękuję stokrotnie! Tam chłonęlam jak gąbka wszystko, w domu odsiewałam , czytałam, pytałam, zamęczałam emailami i sms-ami. Kurs zakończył się dawno a ja nadal zamęczam niektórych w chwilach dla mnie kryzysowych. No bo kto, jak nie praktyk zna odpowiedzi na pytania? Mówiąc “praktyk” mam na myśli osoby wycierające usmarkane nosy, taplające się w masie papierowej, opracowujące programy tylko i wyłącznie dla tego jednego wybranego dziecka, myślące o nim, gdy jesteśmy już z nim w domu. Basiu, Kasiu - buziaki! Dzięki piatkowo-sobotnio-niedzielnym kursom na pewno udoskonaliłam swoją technikę jazdy, ale nie to jest moim osiągnięciem kluczowym. Spotkałam człowieka, który dał mi pierwszy ważny adres. To miejsce to Kraków. Od 8 lat jeździmy tam co 3-4 miesiące , aby pokazać co umiemy i naładować się energią. W Ośrodku dla Dzieci z Autyzmem i Innymi Zaburzeniami Rozwojowymi przy ul. Zacisze obejmują nas ramionami, jak anioły pani Ania i Justyna. Zawsze mają dobre słowo. Czasami tylko tego nam potrzeba. Opracowują dla Grześka program sekwencyjny a my pieczołowicie, codziennie go realizujemy. To był nasz początek, który dał oparcie. Mogliśmy od czegoś się odbić. Zaczynaliśmy od masaży, codziennego rysowania historyjek z wyrazami dźwiękonaśladowczymi (to było wyzwanie!).Teraz ćwiczymy wymianę ról, trenujemy zabawę, rozumienie mowy. Początek to wielodniowe, samodzielne przygotowywanie pomocy (tak, mam poznańskie korzenie :). Teraz my sami jesteśmy żywymi pomocami dla Grzesia :) W pierwszym przedszkolu masowym pomogła nam pani Basia, z którą udało się odstawić pampersy. Nie miała skończonych studiów, fakultetów, była tylko pomocą. Zawsze na miejscu, zawsze z Grzesiem, zawsze po naszej stronie. Uśmiech i dobro na wyciągnięcie ręki. Czy do tego trzeba jakichś kursów? Ciekawe pod jaką nazwą. Ha ha ha ha.

Obecnie:

- w godzinach 8.00 - 15.30  zajęcia w szkole  , w 3-osobowej klasie dla dzieci z autyzmem:)  - 40 godziny zajęć tygodniowo;
- 8 godz. zajęć w tygodniu w ramach rewalidacji;
- Biofeedback;
- zajęcia z logopedą;
- SI;
- arteterapia;
- muzykoterapia;
- kinezjologia Dennisona;
- niebawem Tomatis i zajęcia na basenie;
- zajęcia w sali Doświadczania Świata;
-dogoterapia;
- zajęcia na basenie miejskim.

- zajęcia na basenie z tatą w każdy weekend;
- codzienna praca z mamą i tatą wg instrukcji specjalistów .

Nadal poszukujemy tego, co młodego zaciekawi. Mamy świadomość, że czasami zwykłe momenty też są terapią. Zaczynamy naszym synem się w domu wyręczać :) Wyjmuje i układa do szuflady sztućce ze zmywarki, przygotowuje stół do posiłków, pomaga ścielić łóżko rodziców, ścieli samodzielnie swoje, uczy się sznurować buty (etap krzyżowania sznurówek już za nami). Pełen sukces.
Obecnie największą ilość czasu pochłania Grzesiowi szkoła i zajęcia domowe z nią związane. Wiele dodatkowych terapii poza szkoła odstawiliśmy na bok ze względu na danie możliwości odpoczynku młodemu. Zbyt dużo czasu zajmowało nam dojeżdżanie, stanie w kolejkach. Dotarliśmy do punktu, kiedy sami przestaliśmy być pewni, co tak naprawdę ma sens. Musieliśmy podjąć decyzje, które obecnie dają Grzesiowi czas na robienie tego, co można nazwać czasem wolnym nawet jeżeli nadal wygląda i pewnie jest terapią :) Jedyne zajęcia, z których nie rezygnujemy to SI oraz te doskonalące komunikację Grześka. Żeby móc mu pomóc ukończyłam kurs PECS, “zjadłam” podręcznik, wydrukowaliśmy setki nowych obrazków, przegrzaliśmy laminarkę i próbujemy każdego dnia zachęcać młodego do mówienia. Pamiętam, jak marzyłam, aby poprosił mnie o cokolwiek :) Teraz nie ma z tym problemu. ważne, aby było to coś, na czym mu zależy. O jedzenie i sok poprosi zawsze! Nawet bez obrazka :)